O kinie. Czarno na białym.

X muza okiem młodego fascynata. Recenzje, odczucia, przemyślenia, i nie tylko. Na długo i na krótko. O tym co warto obejrzeć i o tym co nie. Oczywiście subiektywnie. Z pasją.

Wpisy

  • czwartek, 11 lipca 2013
    • Recenzja "Basen"

      Czym jest współczesne kino francuskie? Ano towarem w głównej mierze przeznaczonym na rynek krajowy. Tamtejsze gwiazdy nie są znane szerokiej widowni chociażby w Polsce. Tamtejsze box office’y pękają w szwach od ilości rodzimych produkcji, wypierając nawet największe światowe hity kasowe. Jednak co jakiś czas pojawiają się poza  trójkolorowymi  granicami filmy godne uwagi. Właśnie. Są to filmy bliżej nieznanych reżyserów w pojedynkę wojujące w światowej kinematografii, wygrywające festiwal w Cannes lub Cezara, bądź sklejone pod eksport (np. ostatnio słynni „Nietykalni”). Ale jeden twórca na stałe zagościł w sercach światowego widza: mowa oczywiście o François Ozon. Największe aktorki, nie tylko z Francji, marzą o angażu w jego produkcjach. Zdecydowanie można stwierdzić, że wystarczy nazwisko, by znająca go osoba wybrała się na jego film.  W moim przypadku był to „Basen” z 2003 roku.

      Chyba najsłynniejsze z jego dzieł: tajemnicze, klimatyczne, szczere. Opowiada o brytyjskiej pisarce (Sarah Morton) kryminałów, która cierpi na brak weny twórczej. Wie, że w jej wieku nie odkryje w sobie niczego nowego. Widząc to jej wydawca proponuje, by udała się do jego posiadłości we Francji i tam poszukała inspiracji. Ona bez wahania to zrobiła. Widz wraz z nią krąży po budzącym zachwyt, sielankowym zaciszu. W domu nikogo nie ma oprócz Sary. Może swobodnie oddawać się pisarstwu,  jedzeniu jogurtu, jak również krążyć po małym miasteczku podziwiając krajobraz. Tak mija dzień za dniem. Aż nagle do domu wchodzi córka wydawcy. I nigdy nie będzie już tak samo…

       „Basen” ogląda się znakomicie. Akcja kręci się wokół dwóch głównych bohaterek. Ich relacje, amplituda charakterów sprawiają, że widz podąża za akcją z zapartym tchem. Młodość kontra starość. Te konfrontacje, po upojnej nocy Julie z jakimś miejscowym (zazwyczaj brzydkim) facetem, pomiędzy bohaterkami. Jednocześnie Sarah (starsza) wpada w złość, ale w jej oczach widać zazdrość. Może tęskni za starymi czasami kiedy czyniła podobnie? A może raczej nigdy nie było jej dane spać z przelotnym kochankiem i wylewa wszystkie swoje kompleksy? Ozon karmi nas pytaniami bez odpowiedzi. Nie tylko w tym aspekcie filmu.

      Lecz to nie jedyny wątek, bo drugim jest pisanie książki przez autorkę poczytnych kryminałów. Nic nadzwyczajnego – pisze kryminał, jak wcześniej. Jednakże coś się zaczyna w niej zmieniać i wraz z tymi zmianami zmienia się tematyka książki. Sarah zaczyna namiętnie podglądać Julie i tkać powieść z wypiekami na twarzy. Odraza, złość ustępują miejsce fascynacji, może współczuciu – dostrzega, że jednak Julie jest biedna. Od tego momentu stopniowo ulegają zmianie relacje między kobietami. A to się śmieją, tańczą z zaproszonym przez Julie mężczyzną, a to idą razem na kolację i rozmawiają o prywatnych sprawach. Pomiędzy nimi kształtuje się przyjaźń.

      Nagle, rodem z powieści Sary Morton pojawia się wątek kryminalny. Sielanka urywa się. Ustępuje miejsca dramatowi. Jest to kolejny wątek, nie mniej interesujący co poprzednie.

      Wszystkie wątki łączy miejsce, Idylliczna francuska prowincja. Piękne światło – jakaż to odmiana po angielskiej pogodzie, piękne krajobrazy. Te elementy mają uśpić czujność widza, wprawić go w błogi nastrój, by  potem uzmysłowić „W tak pięknych miejscach też zdarzają się takie straszne rzeczy jak morderstwo”.

      Nie pozostaje mi nic innego jak tylko polecić „Basen”: film, który jest jednym z największych wydarzeń ostatnich lat we francuskiej kinematografii.

      Julia i Sarah

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Recenzja "Basen"”
      Tagi:
      Autor(ka):
      wisniacz
      Czas publikacji:
      czwartek, 11 lipca 2013 18:53
  • środa, 26 czerwca 2013
    • Recenzja "Mroczny rycerz powstaje"

      Kiedy Christopher Nolan zapowiedział nakręcenie nowego filmu o Rycerzu Gotham wszyscy pukali się w czoło i zadawali sobie pytanie: „Czy można zrobić coś nowego o Batmanie?”. Mało kto wierzył w sukces. A jednak. Film „Batman – początek” z 2005 roku okazał się awangardową genezą powstania jednego z najsłynniejszych superbohaterów. Stał się hitem i szybko podjęto decyzję o kontynuacji. Ale nie efekciarstwo, reżyseria, czy nowy aktor przywdziewający maskę Batmana byli kluczem do sukcesu, lecz mroczny, ponury klimat. Kolejna część – „Mroczny rycerz” – szybko została okrzyknięta najlepszą ekranizacją komiksu, a cały świat zachwycił się nowym Jokerem. Wreszcie przyszedł czas na zwieńczenie trylogii. Recepta wydawała się prosta: mrok, charyzmatyczny antybohater, sceny bez szczególnego patosu i klimat, jednakże bardzo wysoko postawiona poprzeczka prowokowała myślenie, że nie uda się powtórzyć, a co więcej poprawić poziomu artystycznego „Mrocznego rycerza”. Czy się udało?
      Nie. „Mroczny rycerz powstaje” (bo tak nazwano ostatnią odsłonę przygód Bruce’a Wayne’a) ma w sobie wszystkie wady jakie może posiadać amerykański film akcji. Nic nie pomogło. Ani głośna kampania reklamowa, ani zapewnienia reżysera pt. „Czegoś takiego jeszcze nie widzieliście”, owszem Chris, widzieliśmy, i to nie jeden raz, ani oczekiwania.
      O czym to cudo jednak jest? Otóż o walce Batmana z czarnym charakterem – Bale’em po uprzednim osunięciu się w cień człowieka w masce, o heroizmie i o… niczym więcej. Można by snuć jakieś napuszone teorie o głębszym przesłaniu filmu, ale po co. Nie takie ma priorytety kino akcji.
      Wracając do moich odczuć: już od pierwszych minut tego ponad dwugodzinnego  tasiemca przechodziły mnie ciarki zażenowania – nie dało się słuchać płaskich dialogów i przemów (niezwykle pompatycznych i niestrawnych), np. na cześć niemalże świętego lokalnego polityka Harvey Dent’a, który w poprzedniej części zginął jako Dwie Twarze, i który znalazł swoje miejsce w kalendarzu jako „Dzień Harvey Dent’a” tylko dlatego, że praktycznie wszyscy uważają go za bóstwo będące destruktorem miejscowej przestępczości, a znający prawdę o nim boją się cokolwiek pisnąć. Ten nastrój nie kończy się wraz z pojawieniem się akcji, bo oto zło – Bane – chce zniszczyć całe Gotham wraz z wszystkimi bogu ducha winnymi obywatelami. Patos, patos i jeszcze raz patos. W tym czasie natomiast Wayne dolecza dawne rany, zakłada stabilizator na kolano i rusza na wojnę. Jak to często bywa w takich sytuacjach pierwszą dużą bitwę przegrywa i ląduje poobijany w więzieniu, z którego według legendy tylko jedna osoba zdołała uciec. W międzyczasie dowiadujemy się, że każda rozmowa mieszkańca Gotham musi sprowadzić się do tematu Batmana, albo Wayne’a (większość ludzi nadal nie wie kto ukrywa się za maską). Jedyny plus jaki zauważam na tym etapie filmu to postać grana przez Anne Hathaway – Kobieta Kot. Czaruje wdziękiem i seksapilem. Kobieta trzymająca za jaja wszystkich facetów z ego niemieszczącym się w jednym pokoju z nimi; zalazła za skórę nawet Bruce’owi. Trudni się okradaniem bogatych. Jest w tym naprawdę świetna. Jest chłodna i bezwzględna, a przy czym jak już wcześniej wspomniałem niezwykle czarująca – ot taka feministka w lateksie.
      Co jednak się dzieje w głównym nurcie wydarzeń? Alfred odszedł, a Bane zamienił w chaos całe miasto – biedni Amerykanie. Gdy sytuacja obiera taki obrót zdarzeń kamera musi się przenieść do głównego bohatera i podejrzeć jak on napina mięśnie żeby powtórzyć wyczyn wydostania się z więzienia. Emocje sięgają zenitu – włączam film po raz kolejny (po uprzednim zatrzymaniu przez zbyt silne znużenie). Ciąg dalszy to mieszanka łubudu i patosu w ukochanych przez tę produkcję proporcjach.
      Całe podziemie miasta Gotham jest nim – Bane’em. Jednak co z tego, że był chyba najpotężniejszym przeciwnikiem człowieka – nietoperza, co z tego, że położył na łopatki cały (mały - gothamowy) świat skoro był najbardziej mdłym czarnym charakterem z jakim mierzył się Batman. Mając w pamięci popisy Ledgera widzę w nim infantylnego chłopaczka z maską na połowie twarzy bawiącego się w zło.
      I moja ulubiona cecha stereotypowego kina amerykańskiego: wszystko wyjaśnione do ostatniej kropki nad „i”. Żeby widz po wyjściu z kina nie pomyślał „Ale o co chodziło?” tylko „Chcę być tak silny jak Batman, ale najpierw mam ochotę na Maka”.
      Smutne jest to jak zły wyszedł ten film. Nie pomaga żaden efekt specjalny, żaden gadżet Batmana. Nawet zaskakujące zakończenie i aluzje do innych sequeli o rycerzu Gotham nie zmywają plamy wcześniejszych odczuć. Właśnie, zaskoczenie: kolejny atut poprzednich części, który akurat gdzieniegdzie zgrabnie został wpleciony w fabułę. Był fatalny „Batman i Robin”, potem „Batman – początek”. Miejmy nadzieję, że to jeszcze nie koniec, a falstart przed nowym początkiem.
      Batman w tłumie

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Recenzja "Mroczny rycerz powstaje"”
      Tagi:
      Autor(ka):
      wisniacz
      Czas publikacji:
      środa, 26 czerwca 2013 23:48
  • poniedziałek, 17 czerwca 2013
    • Recenzja "Niedokończony film"

      Ciekawe jak szerokie grono ludzi na bieżąco śledzi nowości dokumentalne. Ile osób może powiedzieć, że ma wiedzę na ten temat? Niestety do szerokiej publiczności docierają głównie fabuły, a jeśli pojawia się jakiś rodzynek w postaci dokumentu to jest marginalizowany. Ze mną jest podobnie. Nieczęsto rezygnuję z fabuły na rzecz dokumentu, ale na tą pozycję czekałem dłuższy czas. Dlaczego?

      Otóż za enigmatycznie brzmiącym tytułem kryje się opowieść o życiu w getcie warszawskim i poszczególnych ludziach biorących udział w tamtejszych wydarzeniach. Jednak to nie wszystko. Bo choć tematyka zbrodni hitlerowskiej sama w sobie przykuwa uwagę to tutaj dodatkowo dostajemy autentyczny zapis filmowy z getta w maju 1942. A możliwość obcowania z takimi materiałami nie zdarza się często. Może w tym momencie się zatrzymam i cofnę do początku. Otóż w pierwszych minutach filmu reżyserka – Yael Hersonski (jest to jej debiut filmowy i już uhonorowano go wieloma prestiżowymi nagrodami na całym świecie) opowiada w jaki sposób materiał został odnaleziony i czego widz ma się spodziewać. Dodaje, że z niewiadomych przyczyn film nie został dokończony, a najbardziej rzucającym się w oczy potwierdzeniem tego jest absolutny brak dźwięku na taśmie. Idzie wraz z kamerą (widzem) w poszukiwaniu rolki z filmem. Kiedy znajduje zakłada na szpulę, czym rozpoczyna prawdziwy dokument i kończy reżyserowany wstęp.

       „12 maja 1942. Dzisiaj do getta weszła ekipa filmowa i kręcą jakiś film”. Tak Adam Czerniaków – prezes Żydowskiej Rady Starszych - skomentował w swoim dzienniku tę sytuację. Nikt nie wiedział co mają zamiar uwiecznić, choć domyślano się, że materiał będzie wykorzystany w celach propagandowych. Film o kontrastach w getcie. Konfrontacja bogatych Żydów z biednymi, żebrzącymi, pozbawionymi godności. Niby dokument. Tylko po co? Żeby pokazać Europie, że wcale Niemcy tak okrutni nie są? Żeby jeszcze bardziej upodlić Żydów? Narrator mówi, że nie poznano celu produkcji filmu.  Natomiast wszyscy są zgodni co do jednego: językiem filmu jest kłamstwo. Co drugą scenę inscenizowano. Ekipie towarzyszyła grupa esesmanów, których rolą było „ustawianie” poszczególnych scen. Mieszkańcy getta przestraszeni robili wszystko co rozkazano. I tak po wielu dublach powstała scena o Żydach kupujących na bazarze świeże mięso, albo o przechodniach, którzy mając pod stopami kilku konających żebraków nawet na nich nie spoglądają.

      Chyba właśnie to najbardziej w „Niedokończonym filmie” oddziałuje. Niekończąca się niemoc tych setek tysięcy ludzi. Ta wymuszona radość na widok pistoletu przyłożonego do skroni. I najgorsze: bliskość cierpienia. Bo choćby najbardziej realny film fabularny nie odda prawdy tak jak dokument. Widz czuje fetor stosu gówna, leżącego na środku podwórka, przełykając świeżo kupione chipsy. Do tego wszystkiego gdzieś z tyłu głowy tamtym ludziom siedzi myśl, że coraz więcej wskazuje na „Rozwiązanie kwestii żydowskiej” i nic nie mogą z tym zrobić.

      Zdecydowanie In plus są wstawki teraźniejszych rozmów z uczestnikami tamtych wydarzeń. Zdradzają co czuli widząc podjeżdżający do nich samochód i wysiadającego faceta z kamerą skierowaną wprost na nich. Konfrontują swoje wspomnienia i odczucia z tym co widzą na ekranie (równolegle z nami przed telewizorem / w kinie oglądają, po raz pierwszy, efekt pracy niemieckich montażystów). Zdarza się, że nie wytrzymują i rozklejają się. Kto jak kto, ale oni mają do tego prawo.

      Natomiast operator w wywiadzie między innymi mówi, że nie wiedział co zastanie w Warszawie, a to co zastał pamięta po dziś dzień.

      Dla mnie była to półtora godzinna lekcja historii, z której wyniosłem więcej niż przez całą swoją edukację. Przede wszystkim miałem do czynienia nie z milionami ludzi w statystykach, a istotami czującymi i myślącymi tak jak ja, którzy po prostu żyli w złym miejscu i w złym czasie. Ten obraz na długo pozostanie w mojej pamięci. 10 czerwca 2013. Dzisiaj widziałem „Niedokończony film”. Nie wiem kiedy o nim zapomnę.

      T.Chłopiec wobec wojny.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Recenzja "Niedokończony film"”
      Tagi:
      Autor(ka):
      wisniacz
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 17 czerwca 2013 01:10
  • wtorek, 28 maja 2013
    • Recenzja "Spring breakers"

                Film „Spring Breakers” to propozycja, która zainteresuje każdą grupą wiekową (może poza zgorzkniałymi 60 +). Zaspokoi różne oczekiwania: młodego oczywiście mnóstwo alkoholu, idylliczna wizja imprezowania, piękne rozbujane dziewczyny, a starszego powrót do młodości, możliwość porównania epok (jak się bawiłem ja, a jak się bawi moje dziecko), również piękne dziewczyny. Ale czym jest właściwie ten film? Produkcją nieznanego w Polsce amerykańskiego przedstawiciela kina offowego – Harmony Korine’a. O czterech nastolatkach, których umysły wbrew pozorom nie są przesiąknięte łaknięciem wiedzy. Faith, Candy, Brit i Cotty zaliczające imprezę za imprezą marzą o wyjeździe do Kalifornii, by posmakować „prawdziwego życia” (ich wszyscy znajomi już tam są). W ten sposób zaczyna się ten teledysk. Rządzą nim: krzyk, cycki, popkultura, kolorowość i groteska. Jednak produkcja ta nie ogranicza się tylko do ekscytującej formy i sztampowego pomysłu. W ciągu 92 min seansu znajdujemy w niej mnóstwo smaczków, które szepcą do widza spośród wszechobecnego hałasu. Jednym z nich jest konfrontacja laleczek Disneya (Selena Gomez i Vanessa Hudgens) z brutalnym, pozbawionym skrupułów światem, gdzie miłość śpiewaną na polu golfowym zastępuje fizyczność i fetysz. Kto by pomyślał, że dziewczynkę z Waverly Place zobaczy na ekranie pijącą hektolitry alkoholu i popalającą marihuanę wśród dziesiątek rozochoconych mężczyzn. Kolejnym jest postać Aliena zagrana przez Jamesa Franco. Wyolbrzymiona, momentami wręcz odrażająca osoba białego gangstera z ulic Kalifornii. Oglądając chyba trafnie oceniłem go słowami „white nigga” – złote zęby, łańcuszki, charakterystyczny sposób mówienia i to co mówi. Ta rola zdecydowanie najbardziej zapada w pamięć. Trzecim i moim zdaniem najważniejszym morał. Morał, którym się nie dławimy na końcu filmu, bo został podany tak bezczelnie na tacy, że aż odrzuca (przy tego typu produkcjach niestety bardzo często się to zdarza). Mowa o sentencji: wszystko jest dla ludzi, ale z umiarem. Ważne żeby się zorientować gdzie leży granica. A tak ogólnie to „Spring Breakers” ma być po prostu zabawą, która nie zmęczy nawet widza wymagającego (a może przede wszystkim?). Tak więc po tygodniu pracy, bądź szkoły idźcie do kin i się zabawiajcie!

      T.Główne bohaterki w więzieniu.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Recenzja "Spring breakers"”
      Tagi:
      Autor(ka):
      wisniacz
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 maja 2013 20:18
  • poniedziałek, 27 maja 2013
    • Recenzja "Wesele"

      Jeszcze dziesięć lat temu o Smarzowskim nie słyszał prawie nikt. O Dziędzielu, Topie, czy Jakubiku także. A tu w 2013 Wojtek Smarzowski kręci swój piąty film – „Drogówkę” – i opanowuje górną część polskiego box-office’u na dobre kilka miesięcy. Mało tego, ludzie kina i fascynaci zastanawiają się kiedy wreszcie będzie można po seansie nowego dzieła zawiesić na nim choć jednego psa. To niebywałe, że w naszych warunkach narodziła się taka perełka. Jednak możliwe, że to właśnie dzięki nim… Czym się rozpoczęła ta wspaniała passa Wojtka? Otóż bramy do filmowego raju otworzyły się dla autora „Róży” w 2004 roku od pokazu premierowego „Wesela”.

      Janusz i Kasia Wojnar biorą ślub w wiejskim kościele po czym razem z gośćmi jadą na wesele do pobliskiej remizy. Wszystko pięknie: wódka jest, ojciec z pieniędzmi też, muzycy z wodzirejem grający na żywo, prezenty weselne także. A jednak z czasem wszystko zaczyna się wymykać spod kontroli.

      Swoją popularność Wojciech Smarzowski w głównej mierze zawdzięcza niepowtarzalnemu stylowi narracji filmu. Do bólu realistyczne ujęcia, plus awangardowy montaż, plus idealnie dobrani aktorzy, plus okrucieństwo dają mieszankę jakiej wcześniej nie widziano. Z istną dokumentalną dokładnością wpycha kamerę pod zapijaczone mordy uczestników biesiady. Oni w swojej pijackiej bezpośredniości są w stanie zrobić wszystko. Oczywiście przy odpowiedniej motywacji. Wtedy akcja przenosi się poza salę balową, a zagląda to do obsranego wychodka, to na dziadkowe pole, to do „tetetki” – nowej (starej?) ukochanej Janusza.

      Po wizualnych walorach ważną rolę w odbiorze filmu odgrywa komediowy nastrój. Lekkie przedstawienie wielu mocnych scen ironicznie komentuje weselne wesele. Trochę jak w „Dniu świra” widz wybucha śmiechem, by potem przerazić się obrotem spraw i zreflektować. Nie pomaga mu w tym, skądinąd kapitalna, ścieżka dźwiękowa Tymona Tymańskiego obśmiewającego realia i obyczaje panujące na wsi. Oraz drugoplanowe postacie, które nadają obrazowi kolorytu.

      Jeśli chodzi o grę aktorską to nie przychodzą mi do głowy inne stosunkujące się do niej przymiotniki jak: fantastyczna, wielka, porywająca. To dzięki roli Wiesława Wojnara Marian Dziędziel stał się aktorem pojawiającym się w dosłownie każdej polskiej produkcji. Stworzył bowiem wielowymiarową postać, zarówno oszusta jak i kochającego ojca, typowego skurwysyna i przytłoczoną ofiarę losu, dusigrosza oraz naiwnego chłopca, który myśli, że jeśli ma pieniądze to ma wszystko. A to podane w gęstej, obficie lanej polewie alkoholowej. Jednak to nie jest teatr jednego aktora, bowiem na drugim planie równie pewnie na scenie obok Dziędziela tańcuje Arkadiusz Jakubik (notariusz) i Jerzy Rogalski. Tak naprawdę cała ta plejada aktorów jest odpowiedzialna za niesłychaną wiarygodność emanującą z zabawy weselnej.

      Przede wszystkim film się nie nudzi. Akcja zmieniająca się jak w kalejdoskopie i wiele wątków trzyma w napięciu do napisów końcowych, a nawet i dłużej.

      A z szerszej perspektywy widzę w tym obrazie człowieka zepsutego pieniędzmi, alkoholem i zawiścią. A także skutki braku miłości. Wtedy pozostaje tylko biały miś.

      Jedyne co w takiej sytuacji mogłoby zepsuć tak idealnie wyważone dzieło X muzy jest zakończenie z infantylnym morałem. Na szczęście reżyser, jakby miał doświadczenie co najmniej trzech produkcji, płynnie meandruje pomiędzy grubo ciosaną opowieścią, a mądrym, uniwersalnym morałem, tak by wszyscy żyli długo i szczęśliwie. No może prawie wszyscy…

      Podsumowując, Wojciech Smarzowski stworzył coś niepowtarzalnego. I na tym nie poprzestał. Nadal się bawi w zachwycanie Polaków polskością.

      Jeszcze na koniec chciałbym wtrącić, że po raz pierwszy zobaczyłem „Wesele” niecały tydzień przed wyjazdem na ślub rodziny z kontynuacją w tamtejszej remizie. Proszę sobie wyobrazić jak szalone wyobrażenia o tej imprezie miał 12 letni Ja.

      T.

      Taniec bohaterów do jednej z piosenek Tymona

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Recenzja "Wesele"”
      Tagi:
      Autor(ka):
      wisniacz
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 maja 2013 00:32
  • wtorek, 21 maja 2013
    • Recenzja „Broken”

      Lubimy debiuty. Lubimy kiedy są one udane. Lubimy jak na naszych oczach rozwija się jakiś artysta albo jakaś artystka. Lubimy jak jesteśmy świadkami działalności geniuszy sztuki. Jak wspaniale musiała się czuć osoba chodząca do kina na nowości spod ręki Bergmana, Kurosawy, albo dawnego Woody’ego Allena? Dziś nie wiem czy kształtują się takie osobowości filmu, ale wiem jaką przyjemność mi sprawił Rufus Norris ze swoim pierwszym filmem – „Broken”.  I muszę przyznać, że tli się we mnie nadzieja na jeszcze niejedno pozytywne zaskoczenie związane z jego filmową przyszłością. Dobrze, ale co dostajemy w tej brytyjskiej produkcji?

      Otóż opowieść o kliku sąsiadujących ze sobą rodzinach z punktu widzenia małej, chorującej na cukrzycę dziewczynki o imieniu Skunk. Widzi ona wiele ludzkich tragedii i zła przeplatanych beznadzieją. Mamy tu bójki, wyłudzenia, jej własne problemy rodzinne, nawet morderstwa i wiele innych. Ale również duże pokłady czystego dobra, empatii, naiwności. I może ta niejednoznaczność bohaterów byłaby najciekawszym elementem filmu, gdyby nie zjawiskowa narracja historii oraz montaż. Widz odnosi wrażenie, że historia jest opowiadana w sposób linearny i chronologiczny, jednak co jakiś czas jest świadkiem fabularnego przeskoku do skutku i nagłego powrotu ku przyczynie. Wraz z każdą taką sytuacją uśmiechałem się w duchu myśląc: traktują mnie poważnie (jak myślącą istotę). Do tych wszystkich pozytywów warto dodać, że każdej pojawiającej się w kadrze osobie Norris przyglądał się bliżej. Śledził ją z kamerą za zamknięte drzwi domu.

      Jednak niestety, jak to często bywa z debiutami, są w „Broken” niedociągnięcia, które przez cały seans rażą mniej lub bardziej, ale w samej końcówce scena w kościele wręcz boli. Gdyby nie ta sztampowa, płytka, nadmuchana scena oceniłbym film jako najlepszy debiut ostatnich lat, a tak pozostaje mi powiedzieć: „Oglądałem ostatnio bardzo dobry film, Broken”.

      T.Główna bohaterka z bananem przy uchu

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      wisniacz
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 maja 2013 23:36
    • Tak oto milkną szepty i krzyki. Recenzja "Szepty i krzyki"

      Nie wiem ile razy dane mi było być w amoku po obejrzeniu filmu. Nie wiem, który film tak wgniótł mnie w fotel, jak „Szepty i krzyki”, że klika minut po zakończeniu projekcji siedziałem otumaniony i otępiały wgapiając się w napisy końcowe. Nie sądziłem też, że zmieni się mój ranking dzieł Bergmana. W „Szeptach…” wszystko jest na najwyższym możliwym poziomie: począwszy od scenariusza, poprzez fenomenalne! aktorstwo, a skończywszy na operatorze i scenograf iście. Ale co sprawia, że to arcydzieło arcydziełem jest?

      Na początku XX wieku do bogatego, monumentalnego dworku przyjeżdżają dwie siostry bardzo ciężko chorej Agnes, by być z nią przy łożu śmierci: Maria i Karin. Gości je wierna służąca Anna, która przez 12 lat zajmuje się, w postępującej chorobie, Agnes. W tym momencie widz wkracza w akcję filmu i podążając krok w krok za siostrami, po ociekającymi czerwienią pokojami domu, zostaje wciągnięty w rodzinny horror.

      Pierwsza myśl oglądając początkową sekwencję w ogrodzie – piękne zdjęcia i pogoń operatora kamery za porannym światłem, symbolem nadziei. Później widok bohaterek w białych strojach, radosnych, który tylko potwierdził wcześniejsze przemyślenia. Wtedy jeszcze nie miałem pojęcia jaka tragiczna historia mnie czeka. Kilka minut później kamera zatrzymuje się na twarzach sióstr: zauważalna jest niepewność i grymas, jednak wciąż dominują pozytywne odczucia. Wraz z postępem choroby Agnes (skądinąd fantastycznie przedstawionym przez Harriet Andersson) odsłaniają Maria oraz Karin swoje prawdziwe oblicza. Poprzez retrospekcje reżyser obnaża bohaterki, jakby lepił ich psychikę. Wynaturzając im osobowości. Nie będę zdradzał wydarzeń jakie dzieją się w przeszłości, ale mają niebagatelny wpływ na teraźniejsze wydarzenia. W tym momencie już w pełni czułem tą duszną atmosferę, którą potęgowała wręcz napastująca oczy czerwień (jako symbol napięcia, także erotycznego, zdrady, niepewności i toksycznej, ale jednak miłości), która również wyolbrzymiała beznadzieję sytuacji i pozorowała więzienie dla bohaterek. Po pewnym czasie także dla widza. Apogeum dostajemy po śmierci umęczonej Agnes, kiedy to siostry rozplatają węzeł powściągliwości. Pękają. Jednak dostają szansę pojednania. O dziwo Agnes choć nieżywa prosi każdą z osobna o bliskość z nią. Najpierw „najstarszą” Karin, która z obrzydzeniem nawet nie podchodzi do łoża siostry. Następnie Marię, która podchodzi, cieszy się, nawet obejmuje i widz cieszy się widząc pozytywne zmiany w zachowaniu granej przez uroczą Liv Ullman. Jednak, gdy „zmarła” całuje ją w twarz z krzykiem i przerażeniem ucieka byle dalej. Dopiero wierna Anna z miłością uszczęśliwia Agnes.

      Lecz czym tak właściwie jest ten film? Dla mnie składa się z wielu płaszczyzn. Jedną z nich jest studium ludzkiej psychiki w trudnych sytuacjach. Drugą konfrontacja całkowicie różnych osobowości jak również człowieka prostego (służąca) z majętnym, wykształconym, z wyższych sfer, z manierami. O miłości. Trudnej miłości, która o dziwo ma miejsce o wiele częściej niż ta przedstawiana w komediach romantycznych czy nawet melodramatach. Wydaje mi się, że również jak w wielu innych tytułach spod ręki Ingmara Bergmana ma tutaj miejsce sądzenie społeczeństwa szwedzkiego – sposób wychowywania dzieci: pozbawiony rozmów z nimi, czułości, po prostu dzieciństwa, które ma niebagatelny wpływ na dorosłość. Na dowód przytoczę przykład filmu z podobnym problemem, „Jesienna sonata. I na koniec; oglądając przypomniałem sobie pewną myśl brzmiącą następująco: „Człowiek zawsze umiera sam”.

      Wspomniałem wcześniej o erotycznym napięciu. Odniosłem wrażenie, że pozbawione czułości od swoich partnerów dziewczyny poszukiwały jej między sobą. Najwidoczniejsze było to, gdy Anna chcąc uspokoić zmęczoną bólem Agnes kładła jej głowę na nagą pierś i czule ją dotykała. Również, podczas pocałunku w usta pozostałych sióstr. Można by wysnuć wniosek o permanentnym niespełnieniu dam.

      I tak jak kawałek szkła rani ciało i boli tak boli widza seans, jednak tak jak kawałek szkła raniąc ciało uspokaja tak „Szepty i krzyki” ekscytują.

      Teraz w pełni rozumiem tezę, że Ingmar Bergman był mistrzem ukazywania relacji międzyludzkich ludzi odizolowanych od społeczeństwa. Żałuję, że nie obejrzałem tego arcydzieła wcześniej, ale jednocześnie wiem, że na początek przygody ze Szwedem ten film trafiony nie jest.

      T.Liv Ullmann

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      wisniacz
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 maja 2013 23:22
    • Recenzja „Dzieciątko z Macon”

      Kto nie zna Petera Greenaway’a ten trąba! Tak powinno brzmieć prawidło filmowego światka. Ci co oglądali filmy tego pana powinni mieć wypisane „Widziałem filmy Greenaway’a”. Wtedy z łatwością tacy ludzie mogliby rozpoznać innych zarażonych jego kinem i wiedzieć z kim mają do czynienia. Wszyscy stawiający czoła i dający radę dziełom Petera nie są tymi samymi ludźmi co przed. Ich wyobrażenie o sztuce filmowej deformuje się, a mózg uzależnia od wizualnego ideału i oryginalności formy.

      Nie inaczej jest z „Dzieciątkiem z Macon” . Opowiada o kolejach losu po narodzinach (długa scena) tytułowego dzieciątka w Macon, które szybko staje się symbolem odrodzenia miasta i rosnącego bogactwa. Jest wykorzystywane. Ludzie obarczają je wielką odpowiedzialnością – proszą o błogosławieństwo w najdrobniejszych, błahych sprawach. Wokół tego wątku dzieje się wiele innych rzeczy, których opisanie mogłoby przeszkodzić w oglądaniu. Całość przedstawiona jest w formie spektaklu teatralnego. Autor wodzi widza za nos podsyłając przeróżne poszlaki. Raz pokazując widownię i bohaterów mówiących o ich roli w przedstawieniu. Później znowu insynuując prawdziwe życie. Jednak koniec końców uważam to za teatr w kinie. Z całą pewnością nie jest to pierwszy raz kiedy ten reżyser sięga po taką formę opowieści. Formę, która chyba możliwie najlepiej pozwala Greenaway’owi popuścić wodze fantazji i tworzyć arcydzieła z takim perfekcjonizmem wizualnym i dbałością o najmniejszy szczegół (np. według mnie najpiękniejsza scena filmu kiedy trzynaście plus trzynaście plus trzynaście plus trzynaście razy trzynaście razy gwałcona jest główna bohaterka, kiedy wszyscy mężczyźni czekają w kolejce, kiedy równocześnie na drugim i trzecim planie wiele osób wykonuje przeróżne czynności, jak choćby przekłuwanie kartek z liczbą już odbytych stosunków na planie głównym). Widać w każdej scenie zamysł i perfekcję. Zarówno, gdy kamera podgląda kilka, bądź nawet jedną osobę, jak i podczas wielkich ujęć ukazujących dziesiątki statystów na odległych planach. Muszę przyznać, że ten aspekt filmu chyba najbardziej mnie oczarował.

      Warto jednak przyjrzeć się również samej fabule. Nie od dziś wiadomo, że Peter tworzy trudne kino, wymagające poświęcenia od widza. Skupia się głównie na aspekcie jak najsilniejszego działania na zmysły. Tak też często narracja prowadzona jest wolno, a bieg zdarzeń zdaje się być zawiły. Oczywiście nie może być inaczej, ponieważ nawet opowiadana historia jest podporządkowana zamysłom wizualnym. Właśnie w ten sposób zrobione jest „Dzieciątko z Macon”. Jednak raz na jakiś czas pojawia się brutalna scena, która nadaje kolorytu historii.  Scenariusz kryje w sobie także wiele humorystycznych smaczków charakterystycznych dla brytyjskiego poczucia humoru.

      Wspaniale w konwencję wpisały się odwołania do średniowiecza i Kościoła. Mentalność tamtych ludzi to Bóg i strach (przed nim). Wszystko co robią podlega odpowiedzialności wobec duchownych. A zabobonność doprowadza do wszystkiego co tragiczne z krojeniem ciała na cząstki włącznie.

      Co do typowego filmowego rzemiosła: aktorstwa nie mam zastrzeżeń. Wyróżniała się główna bohaterka, a reszta wpasowała się w konwencję. Wszystko i wszystkich przyćmiewają zdjęcia i reżyseria! No i oczywiście scenografia.

      Nie wiem czy ten film wciągnie do świata Greenaway’a, ale jestem pewien, że pochłonie zanurzonych. Ja już nigdy nie będę zastanawiał się dwa razy mając okazję obejrzeć dzieło X muzy spod jego ręki.

      T.Kilka ujęć z filmu

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      wisniacz
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 maja 2013 23:07